POST SCRIPTUM
POD NIEOBECNOŚĆ.
WYWIAD Z LUDMIŁĄ GRZEŚKOWIAK O ZDZISŁAWIE GRZEŚKOWIAKU.
W rozmowie uczestniczą Małgorzata Szwedo i Wojciech Koryciński
WK: O Zdzisławie Grześkowiaku trudno powiedzieć, że był, bo on cały czas jest. Jest poprzez to, co pozostawił w pamięci ludzi, ich uczuciach, wieloletnim nauczaniu, pracy społecznej, politycznej – był zawsze otwarty i lubił kontakt sam na sam z człowiekiem, lubił słuchać, poznawać. Jak „ugryżć” tę postać, wielowymiarową, piękną, dla mnie szczególną, przez wielu nazywaną mistrzem i uznawaną za autorytet, a kim był dla Ciebie? Jest?
LG: Tak. JEST dla mnie. Dla mnie był zwykłym, dobrym, cudownym, kochającym człowiekiem, dla którego najwyższą wartością była rodzina. Miał swoje zainteresowania, hobby, czasami wariactwa, które ja pokochałam. Jego największym wariactwem, hobby, miłością była literatura. Od rana do wieczora potrafił czytać i nigdy nie usłyszał ode mnie przez pięćdziesiąt lat przykrego słowa. Szanowałam bardzo to, że on to kocha, pozwalałam mu na to, ale nigdy nie czułam się zaniedbana przez niego. Uwielbiał robić ze mną zakupy i sprzątać, to go bardzo uspokajało. Pozwalam mu na to, chociaż czasami mnie denerwował – był pedantem. Ale ponieważ to lubił, ja to szanowałam. Dla dla mnie był człowiekiem, na którego zawsze mogłam liczyć.
WK: Każda historia ma swój początek i te miłosne historie mają swój początek. Ale początek ma też historia samego Zdzisława Grześkowiaka – w Wielkopolsce, koło Rawicza, wiem, że bardzo kochał te tereny i interesował się ich historią.
LG: Tak, ale nie tam go poznałam. Ja go poznałam, mając osiemnaście lat i było to w Wałbrzychu, gdzie mieszkałam z rodzicami. A on przyjechał uczyć się w technikum górniczym.
WK: Skąd ten wybór szkoły?
LG: To nie był jego wybór. Jego nauczyciele byli zaskoczeni, myśleli, że pójdzie do liceum, bo był oczytany, był bardzo dobrym uczniem, więc myśleli, że to da mu dobry start na studia. Ale wujowie, bracia teściowej, mieszkali w Wałbrzychu, mieście górniczym, byli sztygarami i przekabacili moich teściów, że ta szkoła da mu zawód. On się nie sprzeciwił – miał czternaście lat i poszedł do szkoły zawodowej, potem chodził do technikum górniczego. Ja byłam uczennicą liceum pedagogicznego. Poznaliśmy się w takiej malutkiej kawiarence na palcu Tuwima, która się nazywała „Szarotka”. To była taka kawiarenka młodych ludzi – kiedyś nie było przecież Internetu, mediów społecznościowych - ludzie ze sobą się po prostu spotykali. I to było takie miejsce, gdzie przy „małej czarnej” można było siedzieć wiele godzin i nikt nikogo nie wypraszał. Zawsze mogłam tam przyjść sama i spotkałam kogoś znajomego. I tam po raz pierwszy zobaczyłam Zdzicha.
WK: Te kawiarenki to też jest ciekawy motyw. Zdzichu opowiadał, że już w czasach świdnickich bywał w Casanowej często, a później takim miejscem, gdzie można było go spotkać, stała się kawiarnia Mieszczańska.
LG: No tak, ale Mieszczańska to już z tobą i Robertem Kaśkowem. A ja mówię o czasach, kiedy mieliśmy po kilkanaście lat – dzisiaj młodzież spędza czas w pubach, a nie w kawiarenkach, gdzie można było siedzieć przy wodzie mineralnej. Ale żeby było śmieszniej, to on siedział tam z przepiękną dziewczyną. Śliczną! Zwróciłam na niego uwagę oczywiście, bo to był bardzo przystojny mężczyzna. Pomyślałam, że z taką piękną dziewczyną, nie ma nawet o czym mówić. Podobał mi się, ale cóż. Potem się okazało, że to nie jest jego dziewczyna, tylko jego serdecznego kolegi.
WK: No dobrze, jesteśmy w tej szkole.
LG: Jesteśmy w tej szkole. On chodzi do technikum górniczego, ja do liceum pedagogicznego. Wiadomo, do technikum górniczego chodzili sami chłopcy, mężczyźni, a do pedagogicznego przede wszystkim dziewczyny. Były wtedy takie dyskoteki, zabawy, które organizowały internaty tych szkół. Jego internat często takie dyskoteki organizował. Bywaliśmy tam często. Ponadto kluby ZMS-u organizowały potańcówki, zabawy, wieczorki. Wałbrzych był kulturalny. To były lata siedemdziesiąte. Pobraliśmy się w 1970 roku, a poznaliśmy się w 1965. On też działał w amatorskim teatrze. Prowadził ten teatr Zdzisław Adamczyk - on był reżyserem, a aktorami byli uczniowie, w większości z technikum. Spotykali się i mieli próby w klubie “Handlowiec”. To było coś takiego… można to porównać do Alchemii Teatralnej, z tym że tam grali nie nauczyciele tylko uczniowie. I powiem ci, że odnosili sukcesy, podobało się to wszystko. Nawet jest jakieś zdjęcie ze spektaklu w rodzinnym albumie. Nie pamiętam niestety żadnej jego roli, ale to były jakieś takie historie wariackie, wygłupiali się, szaleli, mieli z tego frajdę, wszystkich to bawiło. Później spróbował jeszcze raz aktorstwa w Alchemii Teatralnej, ale powiedział mi „- Wiesz co, to już jest nie dla mnie, to jest dla młodych ludzi, ja już jestem za stary na takie wygłupy. I zrezygnował. Nauka na pamięć roli sprawiała mu pewną trudność. Mówił: “- Zapomniałem tekstu, więc mówiłem własnymi słowami, ale chyba nikomu to nie przeszkadzało”. To też powodowało, że jednak zrezygnował.
WK: Stąd pewnie wasza późniejsza fascynacja teatrem.
LG: Bardzo kochaliśmy teatr, kino również, ale mniej. Ja go czasami ciągnęłam na takie filmy, które były głośne, co go bardzo nudziło, nie lubił po prostu takiego kina. Wolał filmy ciężkie, takie, że wychodziłam zmęczona z kina. A on nie lubił amerykańskiego kina, jego to w ogóle nie fascynowało. Zawsze powtarzał, że nie znosi tej strzelaniny, tego “człowiek-czołg”, jak on to mówił. Kochał natomiast kino francuskie, hiszpańskie, włoskie, rosyjskie. No i polskie. Polskie filmy oglądał wszystkie, komedie nawet jakieś głupkowate, ale mówił, że to jest polskie i on to musi zobaczyć. Bo zawsze czegoś tam się nauczy, coś będzie wiedział. Chodziliśmy na wszystkie premiery teatru w Wałbrzychu. Ja zaczęłam tęsknić za teatrem, który był kiedyś. Jak był “Wiśniowy sad” , to był “Wiśniowy sad”, jak “Trzy siostry” to “Trzy siostry”, a teraz jak poszłam na “Trzy siostry” to nie wiedziałam w ogóle, o co chodzi. Dziwadła jakieś, zawsze musi być coś udziwnione - albo ktoś goły biega po scenie, albo ktoś się rozbierze, ktoś mnie obleje jakimś budyniem. Mnie to denerwowało. Chodziłam z nim na te wszystkie spektakle. Niektóre rzeczywiście, przyznał mi rację, że “wiesz, pierdoły”. Wielu nie rozumiałam i on starał mi się wytłumaczyć, chociaż byłam na niego wściekła “znowu zająłeś mi czas pierdołami”. Jeżeli ja wchodzę do sali w Wałbrzychu, mała sala, zupełnie ciemno, siedzę w pierwszym rzędzie, zapala się światło i naprzeciwko mnie stoi dwóch nagich mężczyzn. No to ja cię przepraszam! Albo siedzę i aktor coś je, jakąś Nutellę czy coś w słoiku i nagle ja jestem ubabrana tą Nutellą, a on mówi: “no widzisz, żakiecik pani pobrudzileś”. No dobrze, ale ja to muszę wyczyścić, ja to muszę wyprać, sala się śmieje… nie, to nie dla mnie, nie lubiłam tego późniejszego teatru i on o tym wiedział, ale mimo wszystko chodziłam z nim, bo byłam jego wierną towarzyszką. Niektóre spektakle były super, ale niektóre to były straszne pierdoły.
WK: Później jeszcze były teatry w Warszawie.
LG: Zdzich nie był typem podróżnika, a jeżeli gdzieś podróżował to w jakimś celu. Jak nasz syn Marcin przeprowadził się do Warszawy, to żeby Zdzicha do stolicy przywabić, dzwonił i mówił: “- Tato, mam Teatr Narodowy, Englert, Teatr Polonia, Janda, już mam dla was bilety” - no to jedziemy. W Warszawie zawsze byliśmy w teatrze. Najczęściej u Jandy, bo tam było najwięcej premier. To jest taka frajda obejrzeć na żywo aktorów na scenie. Widzieliśmy Pieczkę, Zaorskiego i wielu innych... część z nich już nie żyje. To kochał.
WK: Powróćmy jeszcze do czasów technikum górniczego. Zdzichu wspominał postać swojego polonisty - doktora Alfonsa Szyperskiego.
LG: Szyperski uczył go polskiego, człowiek wielu talentów, wałbrzyski pasjonata. Zdzichu kochał te lekcje i tego swojego profesora. To też taki dziwak był troszeczkę, ale jego wspominał najbardziej z okresu technikum.
WK: To był między innymi autor książek po Wałbrzychu i po zamku Książ.
MS: Miał wpływ na wybór studiów przez Profesora?
LG: Tak, miał. On w ogóle bardzo lubił czytać i czytał od dziecka. Kiedyś nie było dostępu do takiej literatury, jak dzisiaj mają nasze wnuki. On przeczytał wszystkie książki, które były w bibliotece szkolnej w podstawówce w Miejskiej Górce.
MS:: Wspominał jakieś ulubione książki z dzieciństwa?
LG: Czytał wszystko - Karola Maya oczywiście – „Winnetou i Old Surehand”, „Tomek na wojennej ścieżce”.
WK: Powróćmy jeszcze do wątku, kiedy Zdzichu ukończył technikum, po którym poszedł do pracy w kopalni.
LG: Tak, oczywiście. Pracował w kopalni, ale krótko. Chciał się uchronić przed wojskiem, bo wtedy praca w kopalni chroniła przed poborem. Wojsko to był dla niego stracony czas, on w ogóle nie widział tam dla siebie miejsca. Został odroczony, później przeniesiony do rezerwy, bo wojsko miał na studiach.
WK: Natomiast po szkole i pracy w kopalni trafił do Akademii Teologii Katolickiej, a następnie studiował polonistykę. Jak wspominasz ten czas?
LG: Tak. To był ciężki dla nas czas, bo on wyjechał do Warszawy. Wyjechał zaraz po ślubie w 1970 roku, ale to po prostu nas niszczyło bardzo i wrócił na polonistykę do Wrocławia. Nie skończył ATK, część przedmiotów, które miał tam, zostały mu zaliczone na Uniwersytecie. Podczas studiów zaprzyjaźnił się z Piotrem Łazarkiewiczem, późniejszym reżyserem. Łazarkiewicz kiedyś przyjechał do Świdnicy i Telewizja Teleraj miała przeprowadzić z nim wywiad. Wcześniej zadzwonił z Warszawy, że będzie i chciałby się z nami spotkać. Ja mówię: „ - Niestety ze mną się możesz zobaczyć, ale Zdzicha nie ma, bo przebywa obecnie na wycieczce w Tatrach z klasą. To był taki okres - wrzesień, jesień. I pamiętam on wtedy w Teleraju mówi tak: „ - Ja przyjechałem do Świdnicy - (z jakimś filmem to było związane, już nie pamiętam tego wywiadu) - , ale przede wszystkim, żeby się spotkać ze swoim przyjacielem Zdzisiem Grześkowiakiem. Niestety on jest w górach, ale ja cię Zdzichu serdecznie pozdrawiam”. I oni się nie spotkali. Mieli się spotkać krótko przed śmiercią Łazarkiewicza, umówili się, ale nie doszło do tego spotkania, bo Łazarkiewicz zmarł na zawał.
WK: Studiowaliście razem we Wrocławiu?
LG: Nie. Jak urodziłam syna, zrezygnowałam ze studiów i później zaocznie już studiowałam na Uniwersytecie Opolskim. Skończyłam studia, kierunek pedagogiczny.
WK: Czyli nie prowadziliście wspólnie studenckiego życia?
LG: Ja mieszkałam u teściów, mieszkałam tam 4 lata. Jak syn skończył cztery lata, to przeprowadziliśmy się tutaj. Byliśmy na etapie szukania pracy dla Zdzicha i na pierwszym miejscu był Kalisz. W sumie piękne miasto, byliśmy tam - “Noce i dnie” romantycznie, Niechcic i Barbara. W sumie zrezygnował z tego Kalisza i dostał pracę w Świdnicy, tu mieszkał i przyjeżdżał do rodziców. W 1975 urodził się Marcin, w 1977 Zdzichu zaczął pracę w I LO, w 1979 roku przeprowadziliśmy się do Świdnicy. Pracował w Kasprowiczu do końca swojej zawodowej kariery.
WK: Czyli cały czas rozłąki od ślubu?
LG: Tak. Cały czas rozłąki i to nie było dobre. To nie był dobry okres.
WK: Pamiętasz, jaki był tytuł jego pracy dyplomowej na polonistyce?
LG: Wiem, że praca dotyczyła twórczości Marka Hłaski. Tematu nie pamiętam, ale przeglądając jego papiery, znalazłam bardzo dużo różnych takich wycinków gazet, nie wiedziałam, co z tym zrobić, bo tego była cała masa, on wszystko wycinał, składał te papierki. Wszystko notował, wszystko zapisywał. I to był na pewno Hłasko. Zachowały się natomiast listy, które między innymi pisał do Czeszki, Bratnego i do matki Hłaski. Dostał list od matki. Znał Hłaskę i jego całą literaturę chyba tak dobrze jak życiorys i twórczość brata Alberta.
WK: Wspominał któregoś z profesorów ze studiów?
LG: Ja nie pamiętam, jak się nazywał jego promotor, ale o nim mówił przede wszystkim. On później pisał kryminały pod pseudonimem, może to był Zbigniew Kubikowski? Ale nie jestem pewna.
WK: A profesora Romana Lotha?
LG: Romana Lotha poznał osobiście. Loth interesował się Kasprowiczem, Zdzichu opowiadał mi, że chodziło o jakiś spór - ktoś twierdził, że Kasprowicz był w Świdnicy. I wtedy Zdzich kontaktował się z Lothem i on mu powiedział, że Kasprowicza nie było w Świdnicy. Stąd się znali z profesorem.
WK: Wspominał też zajęcia w „Odrze” wrocławskiej. Prowadził je Zbigniew Kubikowski.
LG: Tak, ale Kubikowski też był chyba wykładowcą na polonistyce i miał z nim zajęcia. Wiesz, my w domu nie siadaliśmy przy stole i nie dyskutowaliśmy na temat literatury. Nie będę was oszukiwać. My byliśmy najzwyklejszą, szczęśliwą rodziną.
WK: A jak przygotowywał referaty na Dni papieskie czy dla Uniwersytetu Trzeciego Wieku, nie kazał Ci słuchać? Nie byłaś pierwszym krytykiem, recenzentem?
LG: Oczywiście, że byłam! Nie tylko wtedy, bo jak na przykład przygotowywał swoich olimpijczyków i oni pisali pracę z filozofii na olimpiadę, mówił mi: „ -Słuchaj, ja bym nie zdał tej matury teraz. Zobacz, jaki poziom! Słuchaj, muszę ci to przeczytać!” Więc ja siadałam i on mi to czytał. Połowy z tego nie zrozumiałam, bo to ta młodzież naprawdę mądra jest, ale on był zachwycony, że ktoś, kogo on uczy, ma taką wiedzę! On był po prostu cały w euforii, cały w jakimś amoku. On tak przeżywał, po prostu kochał tych młodych ludzi dlatego, że byli tacy mądrzy. Cały czas powtarzał, że dzisiaj by oblał maturę z polskiego. Jego najbardziej denerwowało, kiedy słyszał: “- Boże, ta nasza młodzież to okropni ludzie, tylko piją, bawią się, w głowie pstro”, bo uważał, że młodzież jest cudna, wspaniała, mądra, ma prawo się bawić, ma prawo zbłądzić i niejeden jego wychowanek gdzieś tam zbłądził na manowce, ale takie jest prawo młodości. Kochał tych młodych.
WK: Ja też podejrzewam, że Zdzichu dużo się uczył od młodych ludzi, on się w ogóle potrafił uczyć od osób, których słuchał. Dlatego tak wnikliwie słuchał.
LG: Wnikliwie słuchał i czuł się młodo, będąc z młodymi ludźmi. Bo uczniowie jednak coś mieli mu do przekazania. Opowiadał o jednym z nich, mądrym chłopaku (wychowywała go samotnie babcia, który się wspinał na skałki i zmarł tragicznie, spadł podczas wspinaczki w Kłodzku). „- Znalazłem dla niego fajny artykuł i dałem mu do przeczytania, przeczytał i siedzi. A ja mówię: a co ty siedzisz? - Panie profesorze, bo ja już wszystko przeczytałem. - Jak to przeczytałeś. - Ja to czytałem w domu, zanim to rozgryzłem…. - A on na lekcji w niecałe czterdzieści pięć minut”. Wspominał tych swoich uczniów mądrych, bardzo był z nich dumny. I może dlatego oni go tak lubili. Do dzisiaj spotykam się z takimi oznakami sympatii ludzi, którzy mają już swoje rodziny. Ostatnio był taki pan, myślę, pięćdziesiąt parę lat na pewno miał i tak miło opowiadał o nim - że nie ma takich ludzi dzisiaj: dobry, mądry, wspomnienia same super, miło ich słuchać, ale serce pęka, że ja już go nie mam. Bo ja bym wolała go mieć, a nie słuchać tych pięknych wspomnień. Jeszcze bardziej wtedy przykro i żal.
WK: Czterdzieści lat przepracował w jednej szkole. Ta szkoła się zmieniła…
LG: Przyjmowała go dyrektor Bednarska. To był taki bardzo wymagający dyrektor, ale Zdzichu zawsze był wierny sobie, nie ulegał modom, trendom i zawsze mi powtarzał: „- Słuchaj, kolejna reforma w oświacie. Przeżyłem tych reform już tak dużo, a ja od początku pracuję tak samo. Ja mam swoją własną reformę, swoje własne lektury” Czasami te lektury się zmieniały w zależności od tego, kto rządził, ale on zawsze wiedział, co ma zrobić. I nigdy się nie bał, że ktoś go wyrzuci, że ktoś go skreśla, zwolni. On wiedział, co ma przekazać młodym ludziom i tak ich tego uczył. Miał swoje karteluszki, notatki i swoje metody: uczniowie mieli robić notatki a w domu je przepisywać do zeszytu. Dlatego te jego zeszyty były takie sławne i krążyły do matury.
WK: To był pierwszy nauczyciel, który prowadził otwarte lekcje polegające na dyskusji, nie na dyktowaniu.
LG: Dla niego podręcznik był, myślę, drugorzędny. Pamiętam, że ktoś mówił z II Liceum, że pożyczali zeszyty z Kasprowicza, od profesora Grześkowiaka, żeby się do matury przygotować. Że to była najlepsza podstawa do zdania matury. One krążyły i one były cenne. Wyobraźcie sobie, że on czytając cokolwiek, słuchał muzykę. Muzyka go nie rozpraszała tak jak mnie, ja muszę się skupić. Jemu musiała grać muzyka. W ogóle kochał muzykę - poważną, romanse cygańskie, romanse rosyjskie. Siadał tam, czytał i czy to była “Rzeczpospolita” czy to była “Wyborcza”, czy to był jakiś kwartalnik, jak znalazł złotą myśl, taką, która go zafascynowała, miał takie kajety A4 i tę myśl wpisywał do tego zeszytu, wpisywał datę, tytuł gazety, czasopisma, brukowca (bo czytał wszystko, uważał, że wszędzie coś mądrego można znaleźć) i autora. Zapisał tych zeszytów A4 dziesięć, może dwanaście, takim drobnym pismem. Wszystkie są, oczywiście, u mojego syna, ale jak czasami miałam chwileczkę czasu i sobie je wertowałam - to były tak mądre, tak piękne niektóre myśli, bo często to były dzieła mądrych ludzi, Zdzichu czytał raczej literaturę z tej górnej półki. Jakie to były mądre myśli, takie prawdziwe, życiowe. Każdy, kto by to przeczytał, mógłby zastosować w swoim własnym życiu. Każda ta myśl czegoś uczyła, czasami był to cytat zwrotki wiersza, która go ujęła w tym momencie - literacka materia, zawarta w nich mądrość. Zawsze mówił, że to dla potomnych, że każdy tutaj znajdzie coś dla siebie. Siedział, notował w tym kajeciku drobnym drukiem. Wiecie, jakie on miał pismo… drobnym druczkiem wszystko zapisane, bezcenne to jest, mówię wam, to jest bezcenne….
I czytając, to zapisywał, natomiast jak czytał coś, jakiś artykuł np. o dziecku - wycinał, pisał nazwę źródła, datę, autora i dopisywał “Karolina” - to dla mojej synowej, z ekonomii na przykład - “Marcin” - wkładał do takich starych okładek z zeszytu. Marcin mówił: „-Mamo, my to czytamy. Nie od razu, ale jak tylko mamy chwilę czasu, bo te artykuły są naprawdę super, tata trafia zawsze w dziesiątkę”. Wiedział, co ich może zainteresować i gromadził to dla nich. Jak zmarł, Marcin powiedział: „-Mamo, tato już żadnego artykułu dla mnie nie odłoży”. Ale ja robiąc porządki znalazłam okładkę z tymi ostatnimi przygotowanymi dla dzieci tekstami, których nie zdążył im już dać.
WK: Zdzichu to wykorzystywał później podczas wykładów, które zawsze były gęste, jeśli chodzi o cytowanie różnych autorytetów.
LG: Tak, bo on bardzo szanował słuchacza. Bardzo szanował tego, do kogo coś mówił, więc się przygotowywał do wykładów bardzo starannie. Starał się dostosować treść swojego wykładu do słuchacza. Np. na Uniwersytecie Trzeciego Wieku są starsze osoby, ich odbiór nie jest taki, jak u młodego człowieka, więc trzeba treści do nich dostosować. Bo to nie jest sztuka, żeby napisać i przeczytać, a słuchacze pojęcia nie mają, o czym to jest. Ja oczywiście byłam pierwszym słuchaczem. Czasami coś dodałam, musiałam ocenić (tam powtórzenia użyłeś, musisz to skreślić) . On oczywiście słuchał: „- dobrze, ja to zmienię”. Zawsze musiałam słuchać.
WK: Mimo tak dużego doświadczenia w wystąpieniach publicznych, był przecież bardzo aktywny na tym polu edukacyjnym, za każdym razem przygotowywał się do nich z taką samą starannością. Nie popadł w rutynę.
LG: Robił sobie notatki, starał się mówić do słuchacza, mieć z nim cały czas kontakt wzrokowy, nie czytać (czytał tylko cytaty, zakładał je karteczkami kolorowymi). Mówiąc o filozofii, przecież nie o łatwych zagadnieniach, miał tylko konspekt. I ludzie go słuchali, te starsze panie, starsi panowie z ogromną uwagą. Tak było na przykład z “Tryptykiem Rzymskim” Jana Pawła II.
WK: Cieszę się, że udało mi się zgromadzić te początkowe referaty z Dni Papieskich, które wygłaszaliśmy Zdzichu, Robert Kaśków i ja, bo one są zapisane i wydane przez Bibliotekę Miejską, zostały też utrwalone felietony o języku w „Tygodniku Świdnickim”, wywiad „Tkanie Życia” na portalu Świdnica24.pl. Ale większość referatów, które wygłaszał Zdzichu, zostało w pamięci słuchaczy, niestety nie zostały utrwalone.
LG: Dlaczego? Dlatego, że on pięknie mówił. Pamiętam księdza prałata Jana Bagińskiego, jak do mnie powiedział: „- Gdy wziąłem pierwszy raz do ręki „Tryptyk” w ogóle nie wiedziałem, o co chodzi, ale jak usłyszałem pani męża, jak on o tym „Tryptyku” opowiada, to ja dopiero zrozumiałem - to takie łatwe w odbiorze, ale to przecież trudna literatura, papież nie pisał łatwym językiem, dla ludzi, którzy chodzą codziennie do kościoła i spędzają tam wiele czasu. I pani mąż to mówił takim językiem, że ci ludzi słuchali z zainteresowaniem.
WK: Sprawdzałem ile w ostatnich latach Zdzichu wygłosił referatów w Uniwersytecie Trzeciego Wieku i w zasadzie w każdym roku były dwa referaty innych osób, natomiast Zdzichu występował niemal co miesiąc z jakimś referatem. Czyli był bardzo popularny.
MS: Słuchałam go wielokrotnie, i zawsze miałam wrażenie, że jego teksty są mądre, wręcz erudycyjne, ale on sam się nie wymądrza.
LG: Tak, bo on był bardzo skromnym człowiekiem. Ja go znam pół wieku, nie uważał siebie za bóg wie kogo, rozmawiał zarówno z profesorem - przecież znał osobiście Bronisława Geremka, Tadeusza Mazowieckiego, Marka Edelmana - jak i z prostymi ludźmi: z babcią, która szła z pieskiem, z panią na straganie, z każdym człowiekiem potrafił rozmawiać i nigdy rozmówca nie czuł się gorszy. Każdego traktował tak, jakby ten jego rozmówca był na takim poziomie jak on.
WK: Pamiętam kiedyś taką sytuację w szkole. Był w pokoju nauczycielskim zeszyt zarządzeń, służący dyrektorom do wpisywania informacji dla nauczycieli – kiedy zbiera się rada pedagogiczna itp. I ja, młody nauczyciel, wpisałem kiedyś do niego, że życzę wszystkim miłego dnia. Zdzichu, jako wicedyrektor, napisał: “Proszę nie wpisywać takich rzeczy w zeszycie zarządzeń” - zrobił to przy mnie, popatrzył na mnie i puścił mi oko. Jako dyrektor musiał zareagować, natomiast miał chyba duży dystans do tych wszystkich zarządzeń oficjalnych.
LG: On się w ogóle nie nadawał na takie stanowiska. On się męczył, nie znosił papierów, nie znosił zarządzeń, tak samo jak nie lubił być radnym. Mówił, że będąc w polityce bardzo dużo stracił jako człowiek, że polityka nie jest dla każdego. Nie nadawał się do polityki, na dyrektora żadnego, jego to po prostu nie pociągało. Ani tego nie potrzebował, jak inni ludzie, którzy myślą, że to nie wiadomo, jaki awans jest. Tego nie potrzebował.
WK: Jak to się stało jednak, że został radnym, że później był w Unii Wolności?
LG: To była trochę moja wina. Tadeusz Niedzielski był moim szefem i kiedyś rozmawialiśmy tak zupełnie luźno przed wyborami, pierwszymi do rad powiatów w 1998 r. Tadeusz mówi: „-Słuchaj, a może zaproponuj mężowi, niech spróbuje startować. Przecież znają go w Świdnicy, ma duże szanse, czemu nie?”. I ja przyszłam do domu i mówię: - Wiesz, rozmawiałam z Tadeuszem i mówi, że w sumie mógłbyś spróbować. Zawsze to jakieś nowe doświadczenie. Wahał się bardzo długo, ale później odpowiedział: „- Wiesz, może spróbuję”, to go męczyło. To nie jego bajka i później były wybory kolejne, gdzie namówił go Zygmunt Worsa i pamiętam, że już nawet jeździłam z nim na zdjęcia do plakatów wyborczych i jak wracaliśmy, powiedział, że jednak zadzwoni do Zygmunta, że rezygnuje. “ - To nie jest dla mnie. Ja się nie nadaję”. To nie było coś, co go wciągało. On jakby siłą rozpędu, ja wtedy mu to zaproponowałam, ale on się źle z tym czuł.
MS: Do polityki trafił zatem trochę przypadkiem, ale dlaczego został członkiem Unii Wolności? Również przypadek, czy to był oczywisty wybór inteligenta?
LG: To na pewno był dla niego oczywisty wybór. Nie wchodziła tutaj opcja jakiejś prawicy. W Unii Wolności była inteligencja, on tam poznał Frasyniuka i innych - jemu ci ludzie trochę imponowali, bo to jednak oni wywalczyli wolność, będąc w Solidarności, coś przeżyli. To na pewno go w jakiś sposób motywowało, żeby być z nimi i uczestniczyć w tym wszystkim.
MS: W polityce był raczej graczem politycznym (w tym dobrym sensie) czy niezależnym społecznikiem?
LG: Nie był graczem politycznym. Starał się wywiązać z funkcji, które pełnił, najczęściej one były związane z oświatą i jeśli się czegoś podejmował, to starał się to zrobić dobrze, ale go to męczyło. Zwłaszcza później, jak weszła komputeryzacja, internet, to już nie były jego czasy. To był taki typowy romantyk - ani komputer, ani telefon. On telefon to tylko odbierał i dzwonił, esemesów nie umiał pisać i nigdy żadnego nie wysłał. Ani jednego. To ja wysyłałam jego esemesy. I nie chciał się w ogóle tego uczyć. Mówił: „- Słuchaj, ja się nie będę tego uczył, nie będę pisał, bo mnie to denerwuje”. Jak radni miejscy otrzymali laptopy, zadzwonił do mnie i mówi: „- Wiesz co, ja wszedłem dzisiaj do tego internetu. Coś tam z literatury chciałem szukać. Siedziałem chyba pięć godzin, straciłem tyle czasu, nic nie przeczytałem i nic mi to kompletnie nie dało! To jest straszny złodziej czasu, ja już nie chcę do tego internetu zaglądać”. Był zły, nie lubił tego. Nie był to człowiek w tym sensie nowoczesny. Karty bankomatowej też nie miał.
WK: Prawa jazdy też nie miał ….
LG: Prawa jazdy też nie. Jego znajomy, który miał szkołę jazdy, namówił go na kurs. Ja mu mówię: Boże! To ty mi powiedz, kiedy będziesz wyjeżdżał, to nie będę wychodzić z domu. Ty się nie nadajesz na prawo jazdy! Bo to nie jest tak, że ty usiądziesz i będziesz kierował. To trzeba mieć oczy dookoła głowy, takie trochę rozdwojenie jaźni, trzeba na wszystko zwracać uwagę. Ty się nie nadajesz. To samo powiedział mu syn. On się nie nadawał. Ja bym zawału dostała, gdyby usiadł za kierownicą i gdzieś pojechał.
WK: Pamiętam taką wycieczkę. Zdzichu już był na emeryturze, ale miał godziny w I LO, pojechaliśmy z gronem nauczycielskim do Czech, między innymi do Centrum Babylon w Libercu i w aquaparku dał się namówić na zjazd wielką rurą. Zjechał, ale powiedział: „-Dobra, już wystarczy”.
LG: Jak wnuk do nas przyjeżdżał, staraliśmy się mu zawsze zorganizować tutaj wakacje, żeby to nie było siedzenie i oglądanie telewizji, gra na komputerze, tylko jeździliśmy z nim. Dzięki mojemu mężowi, który doskonale znał okoliczne tereny, poznał wszystkie atrakcje Dolnego Śląska. I oczywiście przynajmniej raz w tygodniu zabieraliśmy go na basen, gdzie były te rury. Wnuk mówił: „- Dziadek, zjeżdżamy czerwoną”. I on zawsze z wnuczkiem zjeżdżał tą rurą.
WK: Z jednej strony dystans do nowoczesności, ale nie zawsze, bo pamiętam opowiadaną przez niego historię - akcja się rozgrywa w Miejskiej Górce, jak pierwszy raz w życiu zobaczył samochód i biegał za nim wokół rynku.
LG: A opowiadał Ci, jak oni byli chłopcami, wiadomo, Winnetou i Old Shatterhand, chłopcy bawili się w Indian i kowboi - jeden stał za barem, wchodzi Zdzichu i mówi do barmana: „-Poproszę whisky”, a ten za barem mówi: „- Łyżek nie ma” [a w gwarze poznańskiej wyraz łyżki wypowiadano jako „łyski”]. Takie fajne wspomnienia…
WK: Jeszcze jedną, opowiadaną przez Zdzicha historię pamiętam - o dziadku. Dziadek był górnikiem?
LG: Dziadek był górnikiem we Francji. Dziadek to była jego ukochana postać. Ma jego zdjęcia na półeczce i bardzo dużo czasu spędzał z dziadkiem. Rodzice często wyjeżdżali i zostawiali go z dziadkiem i on ukochał sobie dziadka a dziadek jego. Miał jeszcze brata i siostrę, ale to on był jego ukochanym wnuczkiem. Chodzili razem na spacery, z dziadkiem później zapalił papierosa - dziadek to był trochę taki chuligan…
WK: …i jeszcze miał niedzielny zwyczaj picia wódki…
LG: Dziadek miał zwyczaj picia grogu w jakiejś takiej proporcji: wódka, woda i coś tam jeszcze, jakby taki dzisiejszy drink. Dziadek żył dziewięćdziesiąt ileś lat i był zdrowy. Sporty palił i mąż zawsze mówił: „- Zobacz, mój dziadek…” Ale to były zupełnie inne czasy, inne powietrze, inna żywność, woda, wszystko inne. Nie można w ogóle porównywać.
WK: Pamiętam też takie sytuacje, gdy prowadziłem Środy Literackie, Zdzichu był na wszystkich, zawsze zabierał głos, zawsze zadawał pytanie. Goście pytali mnie po spotkaniach, kto to jest. Mówiłem, że to jest taki wybitny, świdnicki polonista, który bardzo dużo czyta, bardzo dużo wie i jest zainteresowany, jest pasjonatem literatury. I raz udało mi się zaprosić Wojciecha Bonowicza. Specjalnie to zrobiłem dla Zdzicha i odstąpiłem mu rolę prowadzącego. Bonowicz to autor biografii Tischnera. Tischner to była jedna z takich postaci, które były dla Zdzicha autorytetami.
LG: On mnie tak zamęczał tym Tischnerem… Zdzichu kochał góry i dużo jeździł z profesorem Arkadiuszem Kosmowskim w góry - Tatry całe schodził na własnych nogach i kiedy już profesor Kosmowski zaniemógł, miał kłopoty z oczami, był starszym człowiekiem, to mąż wszedł kiedyś do pokoju i powiedział: „- Boże! Czy ja jeszcze kiedyś w te Tatry pojadę?”. A mnie się nie chciało strasznie. Myślałam, Boże! po cholerę ja mam wchodzić na tę górę i później z niej złazić? Nie pociągały mnie te widoki. Ale powiedziałam: wiesz co, to ja Cię zawiozę w te góry. I pojechaliśmy do Zakopanego. On mnie oczywiście prowadził po tych szlakach, opowiadał (jeszcze trochę to by mi opowiadał o tych kamieniach, po których stąpałam, i o tych skałkach…). Był taki namolny i męczący czasami. Ja się później przyzwyczaiłam, ale nasi przyjaciele (opiekują się mną do dzisiaj nasi wspaniali, cudowni przyjaciele) Basia i Kaziu Siemienieccy - wspaniali, dobrzy ludzie, nadajemy na tych samych falach. I Basia zawsze mówiła: „- Boże, on cały czas gada (“- Basia, słuchaj, w tym zamku to mieszkał ten i ten, a później, jak doszło do rozbiorów…” i dalej cała historia). Jak ja go o coś zapytałam, to on zaczynał od zarania dziejów. Mówię: nie, ty mi powiedz tylko to, o co cię pytam. A on cały wykład. Taki właśnie był. Pierwszy raz z nim pojechałam i potem jeździliśmy rokrocznie w Tatry - dobre piętnaście, może dwadzieścia lat. On mi pokazał wszystkie szlaki, niektóre trudne, niektóre fajne, ale to mu dawało ogromną przyjemność, radość, a ja się cieszyłam, że mogę mu w jakiś sposób pomóc spełnić jego marzenia o górach. Nie lubił morza. Jeździł ze mną, bo ja lubię morze, ale mówił, że morze jest nudne, monotonne, takie samo, a w górach jest cały czas inny widok - za każdym krzakiem, pagórkiem. I są piękne. Schodziłam z nim te nasze góry, później jeździliśmy jeszcze z przyjaciółmi i robił nam awantury, jak nie chcieliśmy już dalej iść. “-Chodźcie jeszcze na tę górkę, zobaczycie jakie widoki”. Buntowaliśmy się, a on “- Tak, bo wy tylko wkoło bloku chcielibyście chodzić, w ogóle nie powinniście w Tatry jeździć”.
MS: Ale nie był wspinaczem- zdobywcą? zależało mu raczej na obcowaniu z przyrodą?
LG: Nie, nie był, zależało mu na widokach, cieszył się krajobrazami. Kochał przyrodę. Raz z nim pojechałam, chcąc spełnić jego marzenie i się tym zaraziłam. Wszystko mu poświęciłam - opiekowałam się nim, woziłam, badania, lekarze, walka ze skutkami ubocznymi chemii, robiłam zakupy, gotowałam specjalnie dla niego, on tego nie chciał jeść, ale się starał, bo wiedział, że ja się napracowałam. Przeżywał to, że nie może mi pomóc, nie miał już siły… To były najgorsze lata mojego życia. Mnie nie było.
WK: Pamiętam, jak dzwoniłem do niego, starałem się nie nadużywać kontaktu, bo wiem, że cierpiał i nie miał sił, ale zawsze jak dzwoniłem, to odbierał i rozmowa kończyła się przeważnie tak, że to on mnie pocieszał zamiast odwrotnie. Piękna, heroiczna postawa.
LG: On nigdy się nie poskarżył. Nigdy. Nigdy nie powiedział, że coś go boli…. Kiedyś zadałam mu pytanie: ale dlaczego ty? A on: „-A dlaczego nie ja?
WK: Jest ATK w Warszawie, która mnie nurtuje, żeby zapytać o duchowość Zdzisława i o jego przekonania religijne. Wiem, że interesował się religioznawstwem…
LG: Tak, on skończył podyplomowe studia z religioznawstwa. Jak był małym chłopcem i mieszkał w małym miasteczku, był ministrantem - taka była tradycja, moja teściowa była osobą bardzo wierzącą, ale myślę, że z czasem, jak dorastał, dojrzewał, coraz więcej czytał, rozumiał i myślę, że … on zawsze mówił, że cały czas poszukuje, jest agnostykiem, nigdy nie powiedział, że nie wierzy. I nie wierzył w pana z brodą, na pewno nie, ale wiedział, że coś jest. Często pytałam go: skoro bóg jest, to dlaczego tyle zła jest na świecie. Jak dobry, miłosierny bóg może na coś takiego pozwolić? I on powiedział tak: „- Einsteina studenci często pytali, czy wierzy w Boga, i on odpowiadał, że wierzy w Boga Spinozy. Bo Spinoza powiedział, że Bóg nie mieszka w ciemnych, zimnych kościołach, ale jest wokół nas - w słońcu, drzewach, liściach, trawie, miłości, pocałunkach - jest dobrem. A wyboru dokonuje człowiek, nie Bóg - Bóg dał Ci wolną wolę i ty masz dokonać wyboru. I że Bóg nie każe, bo nie po to stworzył człowieka. Dopiero tam na górze zapyta go: jak twoje życie upłynęło? Czy jesteś z niego zadowolony?”. Nigdy mi nie odpowiedział, dlaczego tak jest, bo nie ma odpowiedzi na to pytanie. Dzisiaj on już zna wszystkie odpowiedzi.
WK: Był też mocno zainteresowany buddyzmem. Bardzo przeżywał spotkanie z Dalajlamą w Kościele Pokoju.
LG: Bardzo przeżywał. Był dumny, że mógł być na tym spotkaniu. Jego religia jako taka interesowała. Miał ogromną literaturę na ten temat, ciągle go coś w tym nurtowało, ciągle poszukiwał.
WK: Wiem też, że w naszych dyskusjach - moich, Roberta Kaśkowa i Zdzicha - wątek żydowski się pojawiał. To był jeden z głównych tematów. Wiedza Zdzicha z różnych obszarów była tak fascynująca, że ja go sportretowałem w swoich powieściach jako Jacoba Georgera, czyli Żyda-kabalistę. Ucieszył się z tego i też coś takiego w nim było. Pociągającego, co nie daje przejść obojętnie. To był człowiek nietuzinkowy, przez swoją postawę.
LG: Wszystko, co mówił, zawsze miało jakieś podstawy. Był taką moją domową encyklopedią. Jak coś usłyszałam w telewizji, ale nie bardzo zrozumiałam, o czym mówią - on miał swój pokój, telewizor, swoje radio, nie kłóciliśmy się o pilota - jego interesowało coś innego i mnie. Nie chciałam, żeby się zmuszał do oglądania czegoś, co go nie interesuje. Więc tam sobie siedział, coś tam nagrywał, oglądał cały czas te same stare filmy z Gogolewskim, Holoubkiem - jego to fascynowało.I ja go wołałam i pytałam, jak czegoś nie zrozumiałam. I on mi wyjaśniał, ale czasami było tak, że nie potrafił mi odpowiedzieć. Wtedy wyjmował te swoje tomiska, wertował, znalazł i mi wyjaśnił. Nie był alfą i omegą. Mówił, że uczniowie często myśleli, że go zażyją. „- Zapytali mnie o Harrego Pottera, czy o coś podobnego - czy pan profesor oglądał ten film, czy czytał tę książkę?” Zdzichu nie czytał (“takie pierdoły, po co będę czytał”), ale odpowiadał: „- Nie czytałem, ale obiecuję Ci, ja to przeczytam i za tydzień wrócimy do tematu”. I tak może budował swój autorytet, że nigdy się nie wymądrzał. Bo nie ma ludzi, którzy wiedzą wszystko.
WK: Ale też nie zbywał uczniów.
LG: Tak. Mówił: „ - Ja się dowiem i ja ci powiem, wrócimy do tego”. Uczniowie, jak to uczniowie „zapytamy go i złapiemy na tym, że czegoś nie wie, a on się nigdy nie ukrywał z tym, że nie wie wszystkiego”. Ale był dociekliwy.
MS: Wojtek, ty się uczyłeś od profesora zawodu?
WK: Ja przyszedłem do I Liceum „w kontrze” , bo kończyłem II LO, a jak wiadomo I i II LO rywalizują ze sobą. I byłem na rozmowie o pracę, dyrektorem był już Robert Kaśków, Zdzichu był wicedyrektorem. Myślę, że to głos Zdzicha zdecydował, że znalazłem się w Kasprowiczu. Dostałem od niego bardzo dużo, przede wszystkim zaufanie i zwykłą, ludzką dobroć. Zdzichu dawał mi zaplecze historyczne itd. - dlatego też pisałem publikacje zjazdowe o Kasprowiczu. Wzajemnie się inspirowaliśmy, byliśmy razem z Robertem Kaśkowem na kilku spotkaniach autorskich we Wrocławiu, m.in. z Tadeuszem Różewiczem czy Tomasem Venclovą. W tym drugim przypadku zostaliśmy nawet zaproszeni na kolację z poetą.
MS: Ale ja pytam o metodę pracy z uczniami.
WK: Na pewno ja już przyszedłem, jako młody nauczyciel, z metodą, jaką Zdzichu proponował jako coś nowatorskiego w szkole, wyprzedzając zdecydowanie swój czas. Dyskusje, rozmowy, słuchanie uczniów, to na pewno tutaj jest podobieństwo. Co do tych wszystkich multimediów ja też jestem bardzo krytyczny i wolę taki narracyjny sposób prowadzenia lekcji. Wielokrotnie bywał na hospitacjach, więc miałem z pierwszej ręki wiedzę, czy się nadaję, czy się nie nadaję. Ale myślę, że nie byłem i nie jestem tak innowacyjnym i nowoczesnym nauczycielem jak Zdzichu w swojej młodości.
LG: Zdzichu bardzo cenił spotkania z Tobą i Robertem - Robert Kaśków był jego uczniem, on się cieszył na te spotkania, bo wiedział, że tam będziecie dyskutować, spierać się i na pewno wiele wynosił z tych spotkań. Bo chętnie słuchał i uczył się, łaknął wiedzy, cały czas szukał, nigdy nie powiedział, że ma dość, że już wszystko wie. Dlatego kiedy przestał już móc czytać, to ja już wiedziałam, że jest bardzo chory. Bo już nie miał siły się skupić na tym, co czyta. Miał zwyczaj czytania iluś książek jednocześnie. Ja czytam tylko grube książki, bo nie lubię, jak się szybko kończą. I jak umarł, to ja przestałam czytać. Dopiero teraz przeczytałam Anne Applebaum “Matka Polka”. Wcześniej byłam w jakimś marazmie, wszystko mi się skończyło, całe moje życie legło w gruzach. Tylko że najgorsze jest to, że on się nie spodziewał tej śmierci. Wiedział, że jest bardzo ciężko chory, bo to nie był głupi człowiek. Wiedział, że nowotwór trzustki jest śmiertelny, zresztą powiedział mu to profesor, u którego się leczył. Tak że wiedział, ale nie wiedział, że to już… bo się ze mną nawet nie pożegnał. Zawsze ludzie się jakoś przygotowują, przekazują coś sobie, żegnają się, coś sobie mówią, a myśmy się nie pożegnali. Ja go zawiozłam do szpitala i on był przekonany, że z tego szpitala wróci. Bo chciał jeszcze żyć. Nie poddawał się, walczył, bardzo walczył.
WK: Dowiadywał się o chorobie? Czytał o niej?
LG: Nie, ale moja synowa, która jest wegetarianką, prowadzi bardzo zdrowy styl życia, wyszukiwała suplementy diety, które mogą pomoc tę chemię przeżyć. Syn z synową przesyłali nam te różne medykamenty i on to wszystko dzielnie brał, podporządkował się całkowicie, nie był chorym, który się buntuje, poddawał się leczeniu, ufał, że tak ma być i koniec. Jak dostawał chemię, to był w szpitalu 3-5 dni, zawsze zabierał książkę ze sobą, bo bez książek się nie ruszał nigdzie. Ale nie miał ich tam jak czytać… dzwoni na przykład do mnie i mówi: „- Słuchaj, dzisiaj mogę wybudować dom od fundamentów” - miał współtowarzysza, który sam wybudował dom i cały czas opowiadał Zdzichowi, jak ten dom budował, od komina. Zdzichu mu nie zwrócił uwagi: „- Panie, daj pan sobie spokój z tym domem, bo mnie to nie interesuje”. Każdy inny by tak zrobił, a on słuchał, dopytywał, dziwił się: „- Pan żartuje, pan to sam wszystko robił?”, co mówiącego jeszcze bardziej nakręcało…. On przeżywał męki. Ale kiedyś zadzwonił do mnie, że dzisiaj ma towarzysza w sali, który przyszedł z książką. A tak to o domach, ogródkach, działkach - to go męczyło strasznie. Przeżywał ten szpital potwornie. Cały tydzień myślał, że już musi jechać do szpitala.
Dziwne jest to, że mówią, że nowotwór trzustki jest bardzo bolesny, ludzie bardzo cierpią, że mają bóle, na które nie pomaga morfina. Jedyny lek przeciwbólowy, jaki dostał to był jeden apap. Jego nic nie bolało. Czasami się zastanawiałam, że może to nie jest rak? No bo się zastanawiasz: ludzie mówią, straszny rak, trzy miesiące życia, straszne bóle … ja tego się tak potwornie bałam. A on zawsze powtarzał, że się nie boi śmierci, ale tego odczłowieczenia, jakie towarzyszy umieraniu. Śmierć go w jakiś sposób fascynowała. Jego uczennica przysłała mu swoją pracę doktorską z tanatologii… Bał się odarcia z godności, dlatego w ogóle nie chciał leżeć - wstawał, jadł ze mną zawsze śniadanie i inne posiłki, dużo odpoczywał oczywiście, bo miał bardzo mało sił, ale nie chciał leżeć, aż do ostatniego tygodnia. Ten okres odczłowieczenia nie trwał długo, ale go nie ominął. Chociaż tylko ja się nim opiekowałam, mówiłam mu: „- Zdzisiu, to ja, nie musisz się przecież krępować”… ale to jest silniejsze od człowieka.
WK: Wspomniałaś o uczennicy… Czy dużo było takich przypadków później, że uczniowie utrzymywali z nim kontakt, wysyłali swoje prace, książki?
LG: Tak, cały czas miał kontakt ze swoimi absolwentami. To mnie nawet dziwiło, że ludzie, którzy już mają wnuki, utrzymują kontakt. Wysyłali mu kartki na urodziny, imieniny, na dzień nauczyciela, z Kanady, z różnych zakątków świata. Cały czas się z nim kontaktowali. Po śmierci, po wszystkich świętych, przyszłam na cmentarz. Klęczała tam śliczna, młoda dziewczyna i płakała. Ona była z rodzicami i powiedziała mi, że pan profesor był jej wychowawcą, że dzięki niemu jest polonistką w Warszawie, nie mogła przyjechać na pogrzeb, ale dowiedziała się, gdzie jest pochowany. Płakała tak, jakby jej zmarła najbliższa osoba. Mówiła, że to on ją ukształtował, sprawił, że jest tym, kim jest. Wielu ludzi takich było. Pamiętam, jak zachorował na serce, to uczniowie bardzo szybko się dowiedzieli i zajęli się nim. Ryszard Serafin, który jest kardiologiem, mówił mu wtedy: „- Ja tobie tyle zawdzięczam, że teraz ja się tobą zajmę”. I rzeczywiście zajmował się nim od początku do końca. To on wykrył u Zdzisia guza. Profesor powiedział, że zabrakło trzech miesięcy, w czasie których leczono go na cukrzycę, bo nikt niczego nie wykrył mimo mnóstwa badań.
Wszystko bym dała, żeby go mieć, żeby był ze mną. Czasami, jak moja przyjaciółka kłóci się z mężem, to mówię, ile bym dała, żeby się móc ze Zdzisiem pokłócić… jak się kłóciliśmy, to mój syn mówił: „- Mamuś, ty sobie krzycz, a tata jednym uchem wpuści, drugim wypuści i swoje i tak zrobi, że oboje jesteście zadowoleni”. Ja musiałam czasami wybuchnąć, bo jestem cholerykiem i on to rozumiał, wysłuchał spokojnie. Wszystko bym dała, żeby był.
WK: Zdzisław pasjonował się postacią brata Alberta, który poświęcił talent artystyczny na rzecz służby społecznej. Myślisz, że to był dla niego autorytet, ktoś szczególny, wzorzec?
LG: Najważniejsza postać w jego życiu. Tischner, ale przed wszystkim brat Albert. Ukochał sobie tę postać, bo było w nim coś takiego fascynującego, że wiedział o nim wszystko. Jedyne miejsce w którym długo nie był, to sanktuarium Ecce Homo to w Krakowie, gdzie jest obraz Chrystusa Ubiczowanego, namalowany przez świętego brata Alberta. Prowadzą to zakonnice, które nas tam wpuściły i byliśmy tylko my. Siostry oprowadzają, a Zdziś zaczął opowiadać - te siostry stanęły i mówią: „- Pan by się nam tutaj przydał jako przewodnik, pan tyle wie o bracie Albercie - nawet my tyle nie wiemy”. Jak byliśmy w Zakopanym, to do pustelni brata Alberta szliśmy obowiązkowo. Kiedyś miał taki przypadek: wszedł do celi, w której znajdowało się łóżko, zdjęcia na ścianach i księga pamiątkowa, a miał wtedy taką długą brodę, wszedł do tej celi, usiadł tam w zadumie na krześle. Wtedy weszła siostra zakonna i krzyknęła: „- Boże! Jak brat Albert”.
Któregoś roku wzięliśmy naszego wnuka Oskara w Tatry, nad Morskie Oko, a ponieważ był dość mały wtedy, miał jakieś cztery lata, to pojechaliśmy bryczką. Siedziało tam z dziesięć, piętnaście osób. I żeby mu się nie nudziło, Oskar pytał o brata Alberta. I Zdziś mu opowiada o tym bracie Albercie, jak bajkę - kto to był, dlaczego ma taką pustelnię i ci ludzie zamilkli i słuchali. W końcu jedna pani zapytała, gdzie jest ta pustelnia, bo to taka piękna postać, pan tak pięknie o niej opowiada, cudowny człowiek, ja bym chciała pójść do tej pustelni. Brata Alberta ukochał sobie nad życie, ma jego portret w pokoju, wszystkie książki.
Będąc w Zakopanym zawsze też byliśmy na Harendzie - Kasprowicz to jego ukochany poeta, a ulubione kwiaty Kasprowicza to nasturcje. Kiedyś zerwałam jedną, ususzyłam i Zdzisiu włożył w ramkę z portretem Kasprowicza, który też ma w pokoju. O Kasprowiczu też wiedział wszystko.
WK: Wiem, że tworzył bogatą bibliotekę przez całe życie. Miał pierwsze wydania dzieł Kasprowicza.
LG: Wszystko miał. Ja mam trochę problem z tą biblioteką. Mój syn, który bardzo dużo czyta, część tej biblioteki wziął, ale Zdzich, jak on jeszcze studiował, kompletował mu, w pięknych wydaniach, literaturę, tę, którą każdy powinien mieć w domu. Przede wszystkim Dostojewskiego, Tołstoja, ale też polską. Zostało jednak mnóstwo książek, rzadkich wydań z XVIII, XIX wieku. Często kupował na pchlich targach, zawsze byliśmy na świdnickiej giełdzie staroci. Jego interesowały tylko książki, a wiedział, że ludzie często nie rozumieją, co mają. I czasami za parę złotych kupował tak cudne pozycje, tak wspaniałe książki! Za grosze. I jeszcze się targował.
Jeździliśmy często do Andrzejówki, tam mieliśmy takie swoje trasy ulubione i schodziliśmy do Sokołowska. Jeździliśmy tam też zawsze na Dni Kieślowskiego. I tam mieszkał malarz, który namalował obraz, chodźcie pokaże wam … pamiętam to jak dziś: weszliśmy do jego pracowni i Zdzisiu mówi, że chciałby kupić ten obraz. Ten, nieżyjący już artysta, nie chciał mu go sprzedać, w końcu go oddał za trzysta złotych. Ten obraz [Ludmiła Grześkowiak pokazuje obraz przedstawiający dwa ptaki na gałęzi, a potem kolejne zdjęcia i figurki stojące na półce w pokoju pracowni Zdzisława Grześkowiaka] to też oryginał - zawsze mówił, że to ja i on. To jest jego dziadek, jego rodzice, Zdzisiu malutki w wózeczku, a to jak Zdzisiu przyszedł do Kasprowicza do pracy.
WK: Widzę też Jezuska frasobliwego.
LG: Zawsze jakiegoś przywoził. Mówiłam mu: mamy już tych Jezusków frasobliwych całą półkę, zawali się niedługo! „- Ale wiesz, ten Jezusek ma w sobie coś innego” – tak mówił. Zawsze te Jezuski, brat Albert, ikony i aniołki. Aniołki miał z całego świata. Ukochał sobie te aniołki. One są wszędzie. A to jest ten Kasprowicz, o którym mówiłam i ten kwiat nasturcji z Harendy. Starałam się niczego nie ruszać. Tak jak on to zostawił, tak jest.
WK: Szukam jednej pozycji w jego bibliotece. Namówiłem kiedyś Zdzicha i Roberta Kaśkowa na spotkanie, które miało być ostatnim spotkaniem z Różewiczem. Różewicz miał już wtedy około dziewięćdziesięciu lat… Wziąłem tomik, zakradłem się do Różewicza i mam dedykację : Dla Wojtka, Roberta i Zdzicha. 2008 rok.
LG: Chcesz go?
WK: No pewnie! My się tak umówiliśmy, że będziemy sobie ten tomik przekazywać.
LG: On tu ma wiele cennych książek - ma całą kolekcję "Biblioteki Poetów" w tzw. Serii "celofanowej” Państwowego Instytutu Wydawniczego, tutaj wydania sprzed wieków, a tam z tyłu jest drugi rząd książek.
WK: Wiem, że część książek trzymał w piwnicy.
LG: On przed śmiercią zrobił w piwnicy porządek. Część książek przyniósł do domu, a część wyrzucił. Jak zachorował, to wiedział, że nie może mi tego tak zostawić i trochę zdążył uporządkować… On wiedział, gdzie ma jaką książkę. Lubiliśmy sobie poczytać w łóżku, każdy miał swoją książkę. On brał poezję. Mówiłam mu: wytłumacz mi, jak ty możesz przed snem czytać poezję? Mam problem z tym księgozbiorem. Myślę, że on by się cieszył, gdybyście wzięli niektóre pozycje….
Wiecie nad czym ubolewał? Że całą rzeszę młodzieży przygotował do matury, a swojego wnuka już nie zdąży. Więc przygotował mu książki i wytłumaczył, gdzie co ma i jak z tego korzystać. I Oskar wziął całą siatkę książek, a on mówił, że to jedyny sposób, w jaki jeszcze może mu pomóc…
Tutaj jest cała masa książek z filozofii, religioznawstwa, etyki … mojego syna to nie interesuje, mnie też. Chciałabym, żeby z tego ktoś z nich korzystał. Szkoda mi wyrzucić, żeby się gdzieś poniewierały, bo to by już było świętokradztwo. On sobie ukochał te książki, ten pokój, uwielbiał tu być, czuł się tutaj dobrze. Siedział, czytał książki, słuchał muzyki. Jak tylko wstawał włączał radio lub płytę. Odkąd zmarł, to ja nie mogę niczego słuchać. Nie mogę niczego włączyć, bo mam wrażenie, że on tutaj jest. A czasami mój pies stoi tu i patrzy tak, jakby kogoś widział. Chodzi, węszy, bo czuje zapach kogoś, kogo już tu nie ma.
MS: Może ten księgozbiór warto zdeponować, jako zamkniętą całość, w bibliotece I LO? Opisać, opracować i zachować jako pamiątkę po wybitnym nauczycielu i wychowawcy, ale też jako rodzaj dziedzictwa Profesora?
LG: Myślę, że on się cieszy, że ty tu jesteś [Wojtek]. Ja z nim tu zawsze rozmawiam, robię mu awantury, że mnie zostawił. On tylko patrzy na mnie i głupkowato się uśmiecha.
WK: Znając jego przekorę, na pewno jakiś komentarz był, jak I LO i koło absolwentów złożyło wniosek o nadanie mu tytułu Zasłużonego dla Miasta Świdnicy i który zasłużenie otrzymał.
LG: On się ucieszył. Nie był żądny tytułów, ale to go cieszyło. Mówiłam, że nie był przygotowany na tę śmierć, bo wiedział, że pójdzie i go osobiście odbierze. Przygotuje kilka zdań od siebie. Wiem, że się przygotowywał na to. O 13 dostał tytuł zasłużonego, a o 13.20 zmarł. W piątek.
Cieszył się z tego. Naprawdę się cieszył….
WK: Jak mówisz, że planował powiedzieć KILKA zdań od siebie, to przypomniały mi się Dni Papieskie, jak ustaliliśmy czas na wygłoszenie referatów. Ustaliliśmy, że po piętnaście minut na każde wystąpienie, popatrzeliśmy na siebie z Robertem Kaśkowem i już było wiadomo, że Zdzichu czterdzieści minut. No bo co to jest piętnaście minut dla takiego erudyty.
LG: Ja mu musiałam to oczywiście wszystko przepisywać, on mi dyktował, potem sprawdzał: kropka, przecinek, ale on się bardzo solidnie do tego zawsze przygotowywał. Nigdy nie zlekceważył, nie potraktował “a zawsze coś tam powiem”, on się zawsze tak przygotowywał, jakby miał jakiś egzamin zdawać. Mówiłam mu: przecież ty wszystko to wiesz. „- Ale ja muszę być pewien, że nie popełnię żadnego błędu. Wszystko przez szacunek dla swojego słuchacza. bardzo szanował drugiego człowieka. On nigdy niczego nikomu nie zazdrościł, nie był zawistny, nie myślał, żeby być bogatym, mieć nie wiadomo jakie pieniądze, to nie były nigdy jego marzenia. To był naprawdę skromny, uczciwy, porządny człowiek. Kochał zwierzęta.
WK: Opowiedz o psach.
LG: Kochał tę swoją Herę tak, że to było coś niesamowitego. Od swoich absolwentów otrzymał w prezencie fotel bujany, przewiązany taką wielką, czerwoną kokardą (pan profesor będzie siedział, bujał się i czytał) . I ten fotel długo tutaj był, aż się całkowicie zniszczył. On siadał na tym fotelu, ten duży pies - doberman, wskakiwała mu na kolana, kładła łeb na ramieniu i bez ruchu siedziała, bo wiedziała, że jak się ruszy, to on ją zrzuci. Więc on siedział z książką, czytał, bujał się, a ona spała.
WK: Jak wyglądał jego rytm dobowy, tygodniowy - Zdzichu dużo jeździł na rowerze.
LG: My bardzo dużo jeździliśmy. Kochaliśmy rowery, więc jeździliśmy dużo sami na wycieczki rowerowe. Chodziliśmy na basen, kochaliśmy teatr, chodziliśmy na wszystkie premiery w Wałbrzychu. Rzadziej chodziliśmy do kina. Teatr wałbrzyski my pamiętamy, jak jeszcze Wowo Bielicki był dyrektorem. Zdzich był członkiem Klubu Inteligencji Katolickiej i oni zapraszali różnych ludzi - był Wowo Bielicki, Michał Bajor z koncertem - to były bardzo ciekawe spotkania, wieczory, a Zdzichu był tam zawsze zapraszany do przygotowania czegoś, wygłoszenia. zabierał mnie ze sobą i to były bardzo miłe chwile. Ale on poza tym był zwykłym, szarym człowiekiem.
WK: Właśnie o to chodzi, że nie był.
LG: Wcześnie wstaliśmy, nie lubiliśmy wylegiwania się. Zawsze posiłki jadaliśmy wspólnie, zawsze i to był u nas pewien rytuał - siadaliśmy do posiłków razem - ja wtedy lubiłam gotować, teraz już tego nie znoszę. Jak przyjeżdżają dzieci to się spinam i coś gotuję, ale nic mi się teraz nie chce robić. Kompletnie …
Zjedliśmy obiad, szliśmy na spacer, albo spotkaliśmy się z przyjaciółmi na ich działce, robiliśmy grilla, miło spędziliśmy czas. Zdziś był duszą towarzystwa, dużo się śmiał i zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia.
MS: Na czym polega fenomen, że tyle różnych działań, obowiązków i zawsze miał czas na czytanie?
LG: Jak ja robiłam obiad, to on siadał i czytał, i słuchał muzyki, robił notatki, po południu ja też sobie coś tam robiłam. On czytał tony książek, ale dlatego, że miał mnie. Gdyby miał kogoś innego, być może by tyle nie czytał, bo nie każdy by sobie na to pozwolił. Ale ja chciałam, żeby czytał, bo on był wtedy sobą.
MS: Pani była organizatorem życia rodzinnego i domowego, czy działaliście wspólnie?
LG: Dużo czasu pochłaniało mu czytanie, pisanie, to coś przygotowywał, to mu ktoś jakąś pracę podrzucił, żeby poprawić, ktoś go poprosił o napisanie czegoś - wiecznie ktoś czegoś od niego chciał, ale mimo tych wielu zadań zawsze mi pomagał. Wszystko robiliśmy razem, nas zawsze widziano razem - na zakupach. Jak myliśmy okna, to on mył, wieszał firanki, zawsze pomagał sprzątać, nie lubił tylko gotować, woda mu się przypalała. Nigdy nie był wybredny i wymagający - zawsze wszystko mu smakowało.
WK: Jakie miał ulubione potrawy?
LG: Uwielbiał pielmieni, tak jak mój syn i wnuczka - pierogowe dzieci. Zdziś lubił poznańskie dania - jak się nauczyłam od teściowej - i to były: kluchy na łachu, sos ciemny i kapusta zasmażana po litewsku, gzik (serek biały z cebulką, śmietaną i ziemniakami w mundurkach - podają to w najlepszych restauracjach w Poznaniu), muzgana - ziemniaki puree zmieszane z ugotowaną osobno i zasmażaną po litewsku kapustą. Nie znosił słodkich potraw, mówił, że obiad to nie jest podwieczorek, pierogów na słodko i innych.
WK: Odbyliście podróż też w Twoje rejony, czyli do Wilna.
LG: To było takie moje ciche marzenie, żeby pojechać do Wilna. Ja się urodziłam na Litwie i mieszkałam w Wilnie jako mała dziewczynka. Obraz tego Wilna mam przed oczami. Syn na Boże Narodzenie kupił nam w prezencie wyjazd do Wilna. Zdziś był po prostu… Uniwersytet, Adama Mickiewicza, sala Kordiana…. ja go tam zostawiłam, bo już nerwowo byłam wykończona, jeszcze usłyszałam, że będzie wykład kogoś tam o Mickiewiczu, to powiedziałam: „Ty sobie tutaj siedź, a ja pójdę się przejść”. Mnóstwo książek stamtąd przywlókł, on był zachwycony, że tam był. Przeżywał to, bo to czuł. Te wszystkie cerkwie…A ja pamiętam, że mieszkałam w miejscu, do którego prowadził most na Wilii, z jednej strony rzeki był park. Wtedy most był drewniany, to były lata pięćdziesiąte, teraz niczego nie mogłam rozpoznać. Nie było już pomników Lenina, które były punktami orientacyjnymi, to Wilno już zupełnie inne. Nawet jedzenie (wzięliśmy sobie pielmieni) to już nie to. Syn przez organizowanie nam wyjazdów zmuszał Zdzisia do latania samolotami.
WK: I jak on to znosił?
LG: No, jak znosił? Ja byłam. On by się pogubił - nie wiedział gdzie są bramki, gdzie czekać, gdzie odprawić, nadać bagaż. On sam się do tego nie nadawał, ale ze mną pojechałby na koniec świata, bo wiedział, że ja sobie zawsze poradzę. Byliśmy we Włoszech. Idziemy na starą część Rzymu i nagle Zdzisia nie ma. Idę do pani przewodnik i mówię, że zginął mi mąż, wszyscy go szukają, jego nie ma. Znaleźliśmy go oglądającego stare książki. Musiałam go cały czas pilnować. Taki jest mój Zdzisiu.
WK: Ja go też szukałem w Czeskim Krumlowie. Dzwoni: „- Wojtek, gdzie jesteście?” - A gdzie ty jesteś? Powiedz, co widzisz…
LG: Taki był. Moment. Czymś się zafascynuje, zaciekawi. Jak byliśmy we Florencji, bardzo chciał zobaczyć tę wyjątkową rzeźbę Michała Anioła – Dawida. Upał, kolejka na cztery godziny stania, on mówi: „- Nie będziemy przecież tutaj stać tak długo”, ale ja powiedziałam, że będę stała, żeby kupić ten bilet. Stałam przeszło cztery godziny i kupiłam, żeby mógł tę rzeźbę obejrzeć. W ogóle Florencja jest przecudna. Rzym nie był już tak wielką dla nas atrakcją. Syn nas wysłał do Florencji i powiedział, żebyśmy najpierw przeczytali “Anioły i demony”, których akcja się tam rozgrywa. Ja przeczytałam, ale Zdzisiu oczywiście tego nie przeczytał. „- Ja nie będę tego czytał”. Kłóciłam się z nim zawsze o “Potop”. Pytam go: “Potop” czytałeś? „-Czytałem”. – Nie czytałeś “Potopu”, czytałeś tylko bryki. On nie przeczytał “Potopu”. Nie przyznawał się. Mówił: „- Pytaj mnie, o co chcesz, nawet powiem ci, jakie guziki miał w żupanie ktoś tam”. - Guziki mnie nie interesują, a ty nie czytałeś “Potopu”. A dzieciom sprawdziany robisz z guzików przy żupanie. “Quo vadis” pewnie przeczytał, ale “Potopu” nie, chociaż wszystko wiedział. Film też oglądał bez końca Reymont go fascynował, Żeromski. Jak byliśmy w Nałęczowie (dziura zabita dechami, ale z pięknym parkiem zdrojowym), gdzie jest dom, w którym mieszkał Żeromski. Później Stawisko. Zawieź mnie do Stawiska, bo był zafascynowany Iwaszkiewiczem. Byliśmy tam tylko my i pani, która oprowadzała, a która była panią pracującą u Iwaszkiewicza. Opowiadała różne ciekawostki, również te dotyczące miłości Iwaszkiewicza. Brał do ręki książki Iwaszkiewicza. Pani pozwoliła mu tego wszystkiego dotknąć, zobaczyć. Chodziliśmy po parku, a potem pojechaliśmy do Brwinowa na cmentarz, gdzie jest pochowany Iwaszkiewicz. Szukamy tego cmentarza, znaleźliśmy w końcu ten grób. Zdzisiu pierwsze kroki po przyjeździe gdziekolwiek kierował na cmentarz. Twierdził, że idąc na cmentarz poznaje historię mieszkańców. Jak byliśmy u mojej siostry, która mieszka w Danii, poszliśmy na cmentarz protestancki, pastor nas oprowadził po Kościółku i cmentarzu, gdzie na każdym nagrobku były wyryte ptaszki. To Zdzicha zainteresowało, pastor nie potrafił powiedzieć skąd ten zwyczaj, nie było to związane z religijna tradycją.
WK: A kościół Wang, gdzie są pochowani Tomaszewski i Różewicz?
LG: Tam byliśmy setki razy… Ale z nim to był koszmar. Jesteśmy w Zakopanem i on mówi, że tam na jakimś kozim czymś jest wystawa, którą on musi zobaczyć. Dobrze, to idziemy, ale jak ja będę musiała kapcie filcowe założyć na nogi, to ja cię przeklnę. Nie znosiłam zakładania na buty tych kapci. Przychodzimy - skrzynie z kapciami. No dobrze, muzeum to pal licho, możesz, to sobie oglądaj te obrazy. Ale mój mąż: długopis, notes, stawał przy każdym obrazie i pisał, notował. Trzy godziny w tym muzeum. On wszystko, co zobaczył musiał zanotować: rok, autor, każde muzeum!! Jak ja słyszałam “muzeum”, byłam chora. Taki był właśnie Zdzisiek: dokładny, szczegółowy….Tych papierów było tyle, że ja wory wyrzuciłam na śmietnik. Wszystkie notatki na takich karteluszkach wyrzuciłam, bo one mi nic nie mówiły. Zeszyty zostawiłam, ale tych notatek, wycinków z gazet było od groma. Tyle że - ponieważ był pedantem, to wszystko miał poukładane.
MS: Pisał dzienniki?
LG: Nie. Dzienników nie pisał, ale ciągle notował, zapisywał złote myśli, mówiłam, że znowu przepisuje gazetę. Ostatnio czytał Tołstoja i “Religię ewolucyjną”, wszystko to zapisywał. Jak pytasz mnie, jak to było czasowo, to teraz myślę, że faktycznie, to było jakby nie do ogarnięcia.
WK: Słuchając Twojej opowieści, myślę, że wiele rzeczy, które osiągnął Zdzichu, nie byłoby możliwych do realizowania bez Twojego udziału. Za mężczyzną zawsze stoi kobieta, a ty jesteś szczególna i to wiele osób, które przyglądały się waszej drodze to zauważyło.
LG: On był człowiekiem, którym ja się opiekowałam, ale on sobie na to pozwalał, bo jemu się to podobało: „- Ja nie wiem, jak to zrobić”, „- ja nie umiem”. Nie to, że nie umiał, ale po prostu wiedział, że ja to zrobię. Chciał, żeby się nim opiekować i ja się nim opiekowałam.
WK: Jest cały czas w żywej pamięci ludzi.
LG: Ja jestem codziennie na cmentarzu, chyba że pada deszcz i nie mogę tam posiedzieć. Uwielbiam tam siedzieć, tam jest taka cisza, jak nigdzie. Cisza, wiatr, wybrałam mu cudowne miejsce, gdzie jest widok na góry, leży pod lipą. Wcześniej tej lipy nie zauważyłam i kiedyś szedł jakiś starszy pan i powiedział do mnie Kochanowskim “usiądź gościu pod lipą, a odpocznij sobie”. Ta lipa daje cień do południa, można w upały tam posiedzieć, pomyśleć. Leży sobie przecudnie. Marcin bywa tam rano i opowiadał, że jak jest wschód słońca - on sam jeden żywy i ta cisza, to jest uczucie, jakiego nigdzie nie zaznał. Codziennie się świeci u niego lampka i przez rok nigdy nie zgasła. Czasami myślę, że jestem wariatką, bo albo gadam do tego zdjęcia, albo do kamienia. A gdzie on jest? Może go nigdzie nie ma?
WK: Może jest w każdym z nas, a w Tobie najwięcej. A które miasta podczas tej Waszej wędrówki rodzinnej utkwiły Wam najbardziej w pamięci? Świdnica?
LG: Ja znałam już Świdnicę, bo często tutaj z Wałbrzycha przyjeżdżałam. Pokochaliśmy Świdnicę. Nie lubię na przykład Warszawy, nie chciałbym tam mieszkać, mimo tego, że to światowe miasto i daje mnóstwo możliwości. Zdziś też nie lubił Warszawy, lubił tylko teatry. Kiedyś był z Marcinem na “Procesie “ Kafki, w którym grał Oskar Hamerski i siedzieli chyba w czwartym rzędzie i Oskar się im pięknie ukłonił, gdy schodził ze sceny. To miasteczko [wskazanie na rzeźbę stojącą na komodzie] dostał od swoich przyjaciół, gdy już nie żył. Przyjaciel podświetlił je światełkiem ledowym i to wygląda tak, jak ta Zdzisia Miejska Górka, w której się urodził. Miejska Górka to było miasteczko, dwa i pół tysiąca ludzi. Piękne miasteczko, cisza, spokój, maleńki ryneczek, wszyscy się znają. Mieszkałam tam cztery lata, pracowałam w dużej, zbiorczej szkole gminnej. Dobrze wspominam ten czas, bo miałam dobrych teściów, mieli jedynego wnuka, którego rozpieścili bardzo, a on ich bardzo kochał. Mój teść miał w tym domu zakład fryzjerski, był fryzjerem, szwagier też - kupili ten dom po powrocie z Francji, gdzie teść był górnikiem. Teściowa nie pracowała, zajmowała się domem, miała troje dzieci, z których Zdziś był najmłodszy (miał jeszcze brata i siostrę - wszyscy już nie żyją). Teściowa była poznanianką, więc była bardzo pedantyczna, ciągle sprzątała, nawet podeszwy butów myła, zamiatali przed domem, byli bardzo porządni, dbali bardzo o porządek, Zdziś lubił to miasteczko, jeździliśmy tam często na grób jego rodziców.
WK: Pamiętasz jakieś szczęśliwsze momenty przeżyte w tych miejscach?
LG: Najszczęśliwszy moment to były narodziny naszego syna. Lata siedemdziesiąte, nie było usg, nie wiedziałam jaka będzie płeć. Tam, gdzie mieszkaliśmy, była studnia i trzeba było wodę ze studni przynieść. I pamiętam mój mąż tak się tym wszystkim przejął, poszedł gdzieś z kolegami, trochę się napili, szedł z tą wodą i całą wylał na tych schodach i mówił, że to wszystko ze szczęścia. Do dzisiaj mam ten obraz, jak jedziemy taksówką, Marcin w beciku i on go wziął na ręce i niósł go z taką obawą, żeby nie upuścić. Marcin w dzień spał, a w nocy ryczał. Jak Zdziś przyjeżdżał, bo studiował wtedy na ostatnim roku i pisał pracę magisterską, to mówię mu, masz go nosić w dzień, żeby on ci nie zasnął.
WK: Zdzichu zawsze z dumą opowiadał o Marcinie, ale w ostatnich latach w rozmowach dominował temat wnuka Oskara. Musiał go bardzo kochać?
LG: Tak, bardzo. Ma też wnuczkę, której czytał bajeczki i ona przytulała się do niego.
WK: Jest jeszcze jedno szczególne miejsce – klon zasadzony przez władze miejskie reprezentujące wszystkich mieszkańców Świdnicy, które uhonorowały Zdzisława Grześkowiaka tytułem Zasłużonego dla Miasta Świdnicy.
LG: Tak. Z tej okazji został posadzony czerwony klon królewski. Tam zabraliśmy naszą wnuczkę Juliankę. Marcin poprosił, żeby stanęła koło drzewka dziadzia, zrobi jej zdjęcie. Ona stanęła i mocno objęła to drzewko, tak jakby obejmowała swojego dziadka. Przed pogrzebem poszliśmy na placyk przed kaplicą, gdzie są monumentalne kamienie, Miejsce Pamięci z cytatami, które Zdziś wybierał, pamiętam mówił: „- Z księdzem infułatem Jandziszakiem nie raz się pokłóciłem”. Ksiądz mówił, że to nie pasuje, a on mówił że pasuje i musi zostać. I tam jest kamień węgielny i nazwisko Zdzisia, jako współtwórcy tego miejsca. Jest trochę tych miejsc mojego Zdzisia, chociaż wolałabym go mieć tu żywego, żeby móc go przytulić, pogłaskać. Ja się trzymam do momentu, w którym dociera do mnie świadomość, że już go nigdy, ale to nigdy nie dotknę i nie zobaczę…
Wywiad ukazał się w "Roczniku Świdnickim" Tom 49.




