Wspomnienia o mojej szkole - Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym
im. Jana Kasprowicza w Świdnicy
W dość dziwny sposób znalazłem się w tejże szkole w Świdnicy. A mianowicie: po ukończeniu małej matury w Makowie Podhalańskim w 1948 r. stanąłem przed sprawą dalszej nauki w liceum. Zgłosiłem się więc do Liceum Ogólnokształcącego w Suchej Beskidzkiej. Do małej matury uczyłem się języka francuskiego. Niestety – w Suchej obowiązywał język angielski. Szukałem więc liceum z francuskim. W tym czasie spotkałem mojego przyjaciela Kazimierza Sowę, który zdał dużą maturę w Świdnicy, w naszej Ojczyźnie! Opowiedział mi, że tamtejsza szkoła miała wszystkie podstawowe języki obce, w tym język francuski. Dodał też, że Dyrektor Szkoły to człowiek, który kocha młodzież i oddany jest jej całym sercem i duszą. Za jego usilną namową pojechałem do Świdnicy.
Rok szkolny był już rozpoczęty. Zgłosiłem się do pana dyrektora Zygmunta Żytkowskiego, który mnie przyjął i polecił zdać wstępny egzamin. Zdałem. Jeden z egzaminujących profesorów, Kazimierz Krzymuski, powiedział później do mojej wychowawczyni, pani Ireny Wnęk-Wasylowskiej: „Będzie dobry materiał na ucznia”. Zamieszkałem w internacie przy ul. Zygmuntowskiej, gdzie opiekunem naszym był właśnie dyrektor Żytkowski. I tak rozpoczęła się moja szkoła w Świdnicy – w roku 1948.
Po maturze zgłosiłem się do Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu i po pięciu latach studiów zostałem wyświęcony na kapłana Archidiecezji Wrocławskiej. Jak się okazuje, jestem pierwszym i najstarszym księdzem z „Kasprowicza”. Po utworzeniu Diecezji Świdnickiej, mając 95 lat życia i 70 lat kapłaństwa, jestem także najstarszym księdzem tej diecezji.
No cóż powiedzieć o naszej szkole, zwanej „Kasprowiczem”?
Była to szkoła o najwyższym poziomie naukowym na ówczesne czasy – nie tylko w samej Świdnicy, lecz także w całej okolicy. A to dlatego, moim zdaniem, że posiadała wybitne grono profesorskie. Nauczyciele nie tylko przekazywali wiedzę, lecz także kształcili uczniów w duchu patriotyczno-religijnym. Do roku 1949 mieliśmy przed lekcjami apele: odmawialiśmy pacierz i śpiewaliśmy „Kiedy ranne wstają zorze”. W 1950 r. władze komunistyczne zlikwidowały tę formę apelu. Trzeba dodać, że profesorowie prowadzili lekcje niemal na poziomie uniwersyteckim (np. prof. Natalia Charkiewicz – polonistka). To samo można powiedzieć o wielu innych, np. o Irenie Wnęk-Wasylowskiej, spod której ręki wyszedł późniejszy nuncjusz apostolski w Polsce – Józef Kowalczyk.
Dyrektor Zygmunt Żytkowski, lubiany przez młodzież, był w swoim postępowaniu prostolinijny. Jeżeli uczeń coś „przeskrobał” i przyznał się do tego, darował mu winę. Ale jeśli przyłapał kogoś na kłamstwie – miał „przechlapane”. Pan dyrektor Zygmunt Żytkowski był wspaniałym człowiekiem, wytrawnym pedagogiem, z krwi i kości patriotą. Będąc już na emeryturze odwiedziłem grób naszego Dyrektora w Bielsku-Białej. Grób był skromny. W tej chwili (2025 r.) został już przekopany. Widocznie nikt z rodziny nie żyje. Wyrażam ogromną wdzięczność Panu Bogu i ludziom, że mogłem na mojej drodze życia spotkać tak wspaniałego człowieka – Polaka, patriotę i pedagoga. Oby takich ludzi w naszej Ojczyźnie było jak najwięcej!
Świdnica, dnia 21 lipca 2025 r.
Ks. Stanisław Franczak – matura 1950 r.




