Mój Kasprowicz

Był rok 1949, rok naszej matury. Po trzech latach nauki w I Liceum Ogólnokształcącym im Jana Kasprowicza w Świdnicy pożegnaliśmy budynek szkolny (jeszcze przy ul. Równej), naszych profesorów oraz koleżanki i kolegów. Rozpoczęło się samodzielne, dorosłe życie.
Dyrektorami Szkoły byli wówczas Mieczysław Kozar - Słobódzki, a następnie Zygmunt Żytkowski. Grono Pedagogiczne stanowili w większości przedwojenni nauczyciele, ludzie o dużej kulturze osobistej, którą nam próbowali przekazać. Było to zadanie trudne, ponieważ ówczesna młodzież miała za sobą przeżycia wojenne i wiele trudnych doświadczeń życiowych i nie bardzo chciała poddawać się jakimkolwiek rygorom i ograniczeniom.
W tym czasie szkoła była dwustopniowa: obejmowała gimnazjum i liceum ogólnokształcące. W styczniu 1946 roku po przyjeździe do Świdnicy i rozpocząłem naukę w „Kasprowiczu” w II klasie gimnazjum, następnie w liceum i właśnie z tego okresu pochodzą moje najmilsze wspomnienia z okresu nauki. Nasza matura przebiegła spokojnie i bez większych zakłóceń. Sam nawarzyłem sobie lekkiego piwa na maturze ustnej z języka polskiego. Dziwnym trafem wylosowałem pytania z greckiej literatury starożytnej. Pod wpływem emocji powiedziałem, że Antygonę , w której w ramach Koła Teatralnego (O czym dalej ) grałem jedną z głównych ról, napisał Arystofanes. Obecny na maturze wizytator kuratoryjny pan Staśko powiedział, „tak, tak, Arystofanes”, w tym momencie oprzytomniałem i poprawiłem się. Ostatecznie egzamin zakończył się oceną bardzo dobrą.
Wspomniałem o Kole Teatralnym. Istniało ono przez cały okres mojej nauki w tej szkole. Powstało z inicjatywy pani Prof. Janiny Tołłoczko, nauczycielki języka polskiego. Reżyserowała ona, wystawiane Przez Nas Sztuki: Zemstę Aleksandra Fredry, Wesele Stanisława Wyspiańskiego. Trzecią sztuką była Antygona Sofoklesa, wyreżyserowana przez profesorkę łaciny Irenę Wnęk – Wasylowską. We wszystkich tych sztukach grałem: w Zemście – Rejenta., w Weselu - Rycerza, a w Antygonie główną rolę - Kreona. Sztuki te wystawialiśmy na scenie Teatru Świdnickiego, wzbogacając tym samym życie kulturalne Miasta, wykorzystując jednocześnie zasoby Teatru. Antygonę wystawiliśmy nawet we Wrocławiu. Na te spektakle przychodzili zarówno mieszkańcy miasta, jak i uczniowie innych szkół. Aktorzy z tych przedstawień byli obiektami westchnień płci przeciwnej. Szczególnie nasz kolega Rysiek Krzyżanowski cieszył się dużym powodzeniem. Moja przyszła żona Danuta, wówczas widząc mnie na scenie, podziwiała mnie, nie mając świadomości, że wkrótce zostanę jej mężem.
W szkole działały również znane na całym Dolnym Śląsku chór i orkiestra dęta kierowane przez Walentego Stępnia oraz balet, kierowany przez Wandę Ruszkiewicz. Nasza klasa stanowiła zgrany zespół, a zawarte wówczas przyjaźnie trwały wiele lat, do końca życia któregoś z nas.
Moja życiowa przygoda z Kasprowiczem nie zakończyła się na maturze. W roku 1954, po ukończeniu Studiów, podjąłem pracę nauczyciela w swojej macierzystej szkole. Mieściła się ona już wtedy przy ul. Budowlanej. Powierzono mi nauczanie języka polskiego i łaciny. W trakcie mojej pracy byłem wychowawcą trzech roczników Kasprowiczan, którym starałem się zaszczepić zamiłowanie nie tylko do polskiej literatury i języka polskiego, ale również do Dolnego Śląska, turystyki i kultury Między innymi z mojej inicjatywy w szkole zaczęto organizować wycieczki krajoznawcze, obozy wędrowne oraz zbiorowe wyjazdy do Wrocławia do teatrów i opery. Obowiązkowym miejscem odwiedzin, podczas wjazdów na Podhale była Harenda w Poroninie, gdzie udało nam się nawiązać bezpośrednie kontakty z panią Marusią - żoną Jana Kasprowicza oraz jej siostrą Panią Nietą Bunin. Do dziś chętnie odwiedzam to miejsce. Wyjazdy i Wycieczki organizowaliśmy wspólnie z prof. Arkadiuszem Kosmowskim.
Z Kasprowicza nie odszedłem bez powodu, ale dlatego, że w roku 1966 otrzymałem propozycję objęcia funkcji dyrektora w ówczesnym Liceum Medycznym. Było to dla mnie duże wezwanie, ale postanowiłem się z nim zmierzyć. Moje serce zostało jednak w Kasprowiczu. Kontakty z „Kasprowiczem” na tym się nie zakończyły. W latach 70-tych do I L.O. uczęszczali mój syn Jan (matura 1976) oraz córka Joanna.(matura 1977). Później uczestniczyłem jeszcze w wielu zjazdach absolwentów. Stanisław Kotełko

Fot.: zbiory prywatne